Relacja po skoku tandemowym StopKlatki

Nadejszłaaaa wiekopomna chwila... Opisać swój pierwszy raz.. ;P Nie będę ani trochę oryginalna w pierwszym zdaniu, gdyż jak rzesza innych ludzi, po prostu wiedziałam, że nadejdzie dzień, w którym stracę grunt pod nogami... Zresztą coś tam we mnie tkwiło, jako u wnuczki pułkownika lotnictwa ;) Planowany skok miałam dwukrotnie przekładany, gdyż nieobliczalne są siły wyższe ;) Ale jak mówi stare przysłowie, do 3-ech razy sztuka... tak też było w moim przypadku...

Droga daleka... Ale pogoda ..pięęęknaaa. Kierunek Warszawa... nocleg. I w niedzielę 27.07.2008 w doborowym towarzystwie dwójki wspaniałych ludzi... kierunek ... Przasnysz. Na miejscu byliśmy po godzinie 9.00. Tu dziękuję za ciepłe przyjęcie, Wiksie, Ivanowi , Pablowi i innym, którzy pamiętali mnie ze "sławetnego skoku" w Piotrkowie. Po dopełnieniu obowiązku podpisania stosownych dokumentów dowiedziałam się, że skaczę w drugiej grupie, wiec miałam trochę czasu na oswojenie się ze strefą. Czas mijał szybko a osy dokuczały okrutnie .. :/ Nagle z mikrofonu dobiega głos "do następnego skoku 25 min"... No czas na mnie... Byłam ciekawa, komu mnie przydzielą. Nagle podchodzi mnie... Ktoś z karteczką w ręku... Uśmiecha się, ja też i już wiem co jest grane. Przydzielili mnie do Dynamita Wojtka (tandempilota) i Pabla (pana kamerki). Dynamit od razu nakazał pozbycie się wszelakiej biżuterii oraz związanie mojej kity w warkocz i schowanie go później pod kombinezonem, co by podczas skoku nie przesłonił mu całego świata ;) Następnie kombinezonik trzeba było wdziać na siebie oraz resztę ekwipunku niezbędnego do realizacji dalszej części. Wszystko poszło sprawnie. Potem mały instruktaż ze strony Wojtka, co i jak trzeba robić. Słuchałam uważnie. Ale jak tylko odszedł, to przyznam szczerze, że wszystko mi wyleciało z głowy :/ szczególnie kolejność, co po czym następuje (hahaha). Kurcze, przecież się nie denerwowałam a tu taki ZONK ... :/ Lecz uprzejmy Dynamit z anielską cierpliwością wyjaśnił mi wszystko jeszcze raz. :) "Do wylotu pozostało 5 minut" Zabrzmiało z głośników... Oki czas na nas. Wchodzimy do samolotu. Dynamit cały czas "płakał, że cukier mu spada, co chwile i na pewno zaraz uśnie", więc ja za każdym razem go pocieszałam, że jak coś to będę go cucić i damy rade. (żartowniś :P). Zajęliśmy miejsca, wszyscy byli uprzywilejowani - bo wszyscy mieli miejsca przy oknach ;) Na początku w samolocie zafundowali nam saunę... :/ Ale wraz z wysokością powietrze stawało się bardziej przyjazne. Nagle dotarło do mnie pytanie czy mam opłaconą dodatkowo LOKOMOTYWĘ..., ot co ??? Więc usłyszałam, że to taki bonus... Przy wyskoku odpina się mnie od tandempilota i spadam sobie sama ... a on na głos recytuje Lokomotywę. I jak dochodzi do fragmentu "i każdy zjadłby tysiąc kotletów" tandempilot nurkuje w poszukiwaniu mnie przy ewentualnej próbie złapania. Uśmiechnęłam się i powiedziałam, że w to wchodzę ;), ale nie zgodzili się, bo nie miałam kwita na to... (hahaha) Następnie zostało mi przedstawione przywitanie skoczków NIE POWIEM na czym to polega (tajemnica pierwszaków), ale Pablo ma to opanowane do perfekcji, a mi się udało wykazać refleksem (hahaha). Śmiech, śmiechem a wysokość coraz większa. Nagle polecenie, aby się przygotować. Przypięcie do tandempilota było zaskakująco ciasne ;). OK, światła zaczęły migać... Głęboki oddech, szybkie przypomnienie, co po kolei trzeba robić + otwarte oczy + oddychanie nosem. Dynamit w międzyczasie wpadł na pomysł, który zrealizowaliśmy, Pablo kazał coś robić rękami podczas swobodnego spadania, aby nie było nudno. Pierwsi poszli samodzielni skoczkowie. Ja, Wojtek i Pablo, jako pierwszy tandem stanęliśmy na progu samolotu... Pablo niczym Spiderman wyszedł i trzymał się samolotu od drugiej strony, my podejście do progu spojrzenie na Pablo... I poszłooooo. Skok w stronę Pablo, wygięcie , fikołek, otwarte oczy , niesamowity świst powietrza w uszach i lecimyyy !!!!!! Rany, ale szybko !!! Podczas swobodnego spadania miałam wrażenie, że zafundowałam sobie: zapomnieć o mruganiu, aby niczego nie przegapić. (hahaha). Na znak ręce puściłam swobodnie... Wowww !!! . Nagle przed moimi oczami ukazał się Pablo i jego magiczne dwa skrzydełka ;). A ja płynę, nie zdawałam sobie sprawy, że moje ręce mogą być takie ciężkie i takie nieposłuszne zarazem... Ale to mnie mobilizowało, aby temu dać rade i jak najwięcej z nich "wydobyć"... Oj ciężko było... ;/ Szarpnięcie ... TO JUŻ ?????? Zwalnialiśmy, spadochron się otworzył a ja zaczęłam wydobywać z siebie jakieś indiańskie okrzyki ;P To było tak niesamowite, że nie da się tego wprost opisać. Nie mogłam opanować euforii, aż łezka się w oku zakręciła ze szczęścia... pokonania czegoś nieznanego... :D Tego mi było trzeba. Dynamit zaproponował sterowanie spadochronem i w moje łapki dostały się uchwyty, za pomocą których spadochron poddał mi się całkowicie ;) Dla urozmaicenie lotu po przejęciu sterów Dynamit zrobił obrociki a to w lewo a to w prawo... i szybkie zejście... I SZOK !!! Żeby nie było tak pięknie i kolorowo.. To zapomniałam się dogadać z moim żołądkiem :/ , który to momentalnie odmówił mi posłuszeństwa. Ale byłam zła :/ Zrobiło mi się słabo. Wujek dobra rada - Dynamit kazał oddychać w sposób znajomy z sali porodowej (co wywołało uśmiech na mojej twarzy), ale oczywiście zastosowałam się do wskazówek :) Porosiłam jednocześnie o ujarzmienie spadochronu. Wojtek zaczął przejmować kontrolę nad spadochronem, a ja w tym czasie przejmowałam kontrolę nad moim niesfornym żołądkiem. Niestety mi to zajęło trochę więcej czasu. W pewnym momencie wisząc bezwiednie w przestworzach poczułam się jak szczenię trzymane za kark... Tu pomocne okazały się stopy tandempilota, na których znalazłam oparcie :) Nagle poczułam, że unosi nas do góry, okazało się trafiliśmy na komin i z 500m wyniosło nas na 700m... Z tego samego zjawiska korzystał lecący niedaleko na bocian :) Piękny widok. Z góry wszystko jest takie małe, jakby papierowe, nierealne. Czas kończyć podniebną przygodę. Zostałam poinformowana w jaki sposób będziemy lądować, co z drugiej strony takie proste nie było (hahaha), bo ni jak uwięzionych w szelkach nóg podnieść go góry na wyznaczoną wysokość nie zdołałam, ale obyło się bez zgrzytu ;) Ziemia... Jak długa zległam... I wcale nie miałam ochoty się podnosić. Nie wiem co gadałam w tamtej chwili, okaże się na filmie (hahaha) Jedno co kołatało mi się po głowie to : "TAK TO JEST TO !!! CHCĘ TO POWTÓRZYĆ". Wstałam na miękkich nogach i z uśmiechem przyklejonym do twarzy, bynajmniej nie od pędu powietrza ;) Razem ze mną szedł Pablo i Dynamit. Odmeldowaliśmy się. Tutaj jeszcze raz dziękuję obu Panom za niesamowitą przygodę i ogromną dozę humoru, które były balsamem na adrenalinę. I POWIEM TO, CO WSZYSCY... WRAŻEŃ ... NIE DA SIĘ OPISAĆ ... TRZEBA TO PRZEŻYĆ !!! POLECAM !!!

Wracając do domu usłyszałam słowa piosenki... Jak na zamówienie... Takie podsumowanie dnia...
Chcę, potrafię, wzniosę się
to naprawdę dobry dzień
jak w westernie jeden sen ...

Hej, mówię sobie siłę masz
i nie przegraj, wygraj, grasz
ale w pokonanie siebie….

Dziękuję za wspaniałą atmosferę i żegnam się z tymi, z którymi nie zdążyłam się pożegnać... Nie mówię DO WIDZENIA... Mówię... DO ZOBACZENIA !!!!!!



Też chcesz to przeżyć? Zapisz się na skok w tandemie