Relacja po skoku tandemowym Moniki

Mój pierwszy raz 19.07.2008
Polecieć jak ptak, tak po prostu rozwinąć skrzydła i polecieć. Poczuć jak wiatr szumi we włosach i widzieć jak ziemia przepływa w dole. Tak, to było moje marzenie, od kiedy pierwszy raz weszłam na jakąś wyższą górkę i usłyszałam ciszę i wiatr i zobaczyłam jak świat wygląda z góry. Pasażerski samolot to nie to, owszem świat z góry piękny, ale to trochę jak w autobusie tylko wyżej. Chmury tak - zawsze piękne, inne i zaskakujące. Ale lepszy byłby jakiś mały samolocik, szybowiec, lotnia... O skokach nigdy nie myślałam. Latanie to było moje marzenie, a w zasadzie marzenie tej z lekka zakręconej części mojej natury. To ta część ma marzenia, buja z głową w chmurach i tęskni do czegoś innego, niż codzienna rzeczywistość. Ale jest jeszcze ta druga - poukładana, rozsądna i odpowiedzialna i jednocześnie zapakowana w bezpieczny kokonik przewidywalności. Matka dziecku, odpowiedzialny i lojalny pracownik w tej samej firmie od lat nastu... I gdy ta pierwsza budzi się z uśpienia, albo przychodzą jej do głowy jakieś bardziej namacalne szalone pomysły, żeby coś zmienić, tak diametralnie, rzucić to poukładane życie, ta druga stopuje ją i mówi - no co ty, przecież i tak się nie uda, to za trudne dla ciebie, przecież masz fajne dziecko, niezłą pracę, pensję co miesiąc na koncie, masz gdzie mieszkać. Po co to zmieniać???
I pewnego dnia ja, ta odpowiedzialna i rozsądna siedząc przed komputerem w biurze odebrałam telefon i usłyszałam:
- Pani Moniko dzwonię z nietypową propozycją
- tak?
- Czy skakała już pani na spadochronie?
- ...nie...
- A czy chciałaby Pani?
- ...tak...
- Bo my tu organizujemy taką imprezę...
Nie, żadne "nie wiem", "a po co" i że to niebezpieczne..., tylko "tak..." - powiedziała moja zakręcona. "Tak" pełne niepewności i niedowierzania, ale jednak "tak" - że może polecę, jak ptak, jak zawsze chciałam. Potem w trakcie tygodnia ta rozsądna podszeptywała - może jednak nie, może nie będzie pogody, może wezmę ze sobą kolegę z pracy i może to on wyskoczy a nie ja... I nadeszła sobota, kolega z żoną przyjechali po mnie i pojechaliśmy do Przasnysza. Wysiedliśmy z samochodu a wokoło ludzie, do jakich zawsze lgnęłam i jakich zawsze podziwiałam - ludzie z uśmiechem na ustach i w oczach, pasjonaci, szczęśliwi, że robią w życiu to, co lubią, że codziennie spełniają swoje marzenia. A jednocześnie rozsądni i odpowiedzialni a nie szaleńcy (widzisz rozsądna da się to pogodzić). Czyli ludzie, którym zawsze zazdrościłam, bo mnie zawsze brakowało wiary w to, że marzenia się spełniają i odwagi i wytrwałości, żeby dążyć do tego, aby je urzeczywistniać. I tu w tym miejscu moja rozsądna i bojaźliwa została całkowicie pokonana. Uspokoiła się trochę, gdy zobaczyła, że skoro ci ludzie ciągle wsiadają do samolotu i potem za każdym razem wracają na ziemię, i że lądowanie wygląda całkiem bezpiecznie i spokojnie, to przecież ja też wrócę - cała i niepołamana. Nie, nie ma żadnego oddawania skoku koledze, to ja skaczę. Jak Piotrkowi też się uda, to super (udało się), ale skaczę przede wszystkim ja. Po to tu przyjechałam. Więcej takiej szansy może nie być. Przecież tak sama z siebie nigdy bym tego nie zrobiła.

Gdy nadeszła moja kolej znalazł się mój tandempilot - Dynamit. Spojrzał uśmiechniętymi oczami i podał kombinezon. Pożartował, pozapinał mi uprząż, pokazał co i jak tam na górze (a czy ja tam będę o tym pamiętać??? a jak zapomnę to co???), założył na swoje plecy spadochron i poszliśmy do samolotu. Strasznie się bałam i jednocześnie strasznie chciałam. Poprosiłam, żeby było długo i powoli, żebym mogła jak najdłużej lecieć i patrzeć na ziemię z góry. Ok. powiedział, w takim razie skaczemy ostatni. W samolocie Dynamit i Iwan (przydzielony mi gumiś z kamerą i aparatem) żartowali rozładowując atmosferę. Ziemia za oknem była coraz dalej i dalej. (Oj chyba jednak wysoko. Przecież ja chyba nie przejdę przez próg tego samolotu). A potem Dynamit przypiął mnie do siebie, posprawdzał, czy wszystko dobrze trzyma, ostatnie piąstki wszystkich ze wszystkimi. Otworzyły się drzwi samolotu i ludzie zaczęli wypadać w przestrzeń. Wtedy zrobiło mi się tak jakoś nieswojo... ale nie było czasu, żeby się nad tym zbyt długo zastanawiać. Wszyscy przesuwali się po kolei do wyjścia. Gumisie z kamerami i aparatami na głowach zawisali na chwilę na zewnątrz samolotu przyczepieni do poręczy a potem znikali, a za nimi ich tandemy. Jedni po drugich. Na końcu my. Iwan zawieszony w powietrzu na poręczy porobił trochę min a ja uśmiechając się niepewnie i patrząc na niego a nie w dół poczułam nagle, że świat zawirował i że lecę w dół. Jak w koszmarnym śnie - spadam jak worek kartofli, ale w cale się nie budzę, więc tym razem to chyba naprawdę!!!! Może ja jednak tego nie chciałam… Może trzeba było siedzieć spokojnie na dole i sobie tylko patrzeć... Po co Ci to było… Stara a głupia... Myśli z prędkością błyskawicy przelatywały przez moją głowę. Ale po chwili poczułam klepnięcie oznaczające wyprostowanie rąk i pomimo zawrotnej prędkości zrobiło się troszkę lepiej, uspokoiłam się, a w zasadzie przestałam się tak panicznie bać i poczułam, że... PRZECIEŻ JA LECĘ, frunę z rękami rozłożonymi jak skrzydła ptaka. Potem podleciał Iwan, podał mi rękę cały czas się uśmiechając. Mnie tez uśmiech już zaczął nieśmiało wychodzić na twarz. Potem lekkie szarpnięcie. Spojrzałam w górę, jak rozkłada się granatowa czasza spadochronu. I wszystko nagle zwolniło i zrobiło się cicho. Leciałam już nie jak jastrząb pikujący do ofiary, ale jak ptak z szeroko rozłożonymi skrzydłami szybujący nad łąką w poszukiwaniu śniadania. Tak jak zawsze chciałam. JA LECĘ chciałam krzyczeć i chciałam, żeby to trwało i trwało i trwało. Dynamit spróbował troszkę pobujać, ale nie, gwałtowne skręty - może jednak nie tym razem. Teraz chciałam po prostu lecieć i czuć jak szczęście przepełnia mnie od palców u nóg do czubka głowy. Niestety wszystko się kiedyś kończy. Lądowanie było łagodne. Co prawda moje nogi nie podniosły się tak wysoko jak powinny (sprawdziłam w domu, to nie uprząż ani stres, to zanik mięsni brzucha, chyba trzeba coś z tym zrobić). Uśmiech przykleił mi się do twarzy i nie mógł się odkleić przez całą niedzielę. To było COŚ. JAK NIGDY NIC PRZEDTEM. Ja to zrobiłam! Naprawdę to zrobiłam! I zrobię to kiedyś jeszcze raz. Wtedy już bardziej świadomie, bo te pierwsze kilkanaście sekund po opuszczeniu pokładu samolotu, to był jednak straszny szok. Może na razie jeszcze nie kurs. Ta rozsądna w końcu ciągle jest. To, że raz się udało, to nie znaczy, że tak może być zawsze. Moje dziecko mnie przecież bardzo potrzebuje. Ma w zasadzie tylko mnie. A poza tym tak samej świadomie wyskoczyć, samej pociągnąć za zawleczkę, samej dolecieć we właściwe miejsce i samej wylądować... Nie to chyba jeszcze za trudne, nawet w myślach. Ale na pewno czasem zabiorę swoją Małą (no już nie taką małą) ze sobą i przyjadę, popatrzeć na tych w górze i naładować baterie patrząc na Was, ludzi Atmosfery - uśmiechniętych szczęśliwych pasjonatów, witających każdego jakby był częścią Waszej latającej rodziny. A żeby tak tylko nie siedzieć i nie patrzeć, to mogę i stoliki powycierać po deszczu i kucharzowi pomóc. Może się troszkę na coś przydam.

Dynamit i Iwan - dziękuję Wam raz jeszcze za mój pierwszy raz. Było ODLOTOWO. A właściwie to nie znam słów, które mogą opisać jak było. Bo wszystkie: cudownie, wspaniale, super, nieziemsko, odlotowo itd. w ogóle nie oddają tego jak się wtedy czułam. Widzę to, gdy patrzę na zdjęcie, na którym leżę na trawie (a właściwie na moim tandempilocie) po w ylądowaniu a cała buzia śmieje mi się ze szczęścia. To chyba najlepsza reklama, dla tych, którzy chcieliby a się boją. To naprawdę trzeba koniecznie przeżyć.

Monika

PS. A może by tak kiedyś spróbować jeszcze czegoś innego np. lotni... wtedy leci się dłużej.



Też chcesz to przeżyć? Zapisz się na skok w tandemie