Pierwszy lot - pierwszy skok.
Większość osób pisze, że od dawna marzyła o skoku. Ze mną było trochę inaczej.
A wszystko zaczęło się niewinnie. Pewnego wieczora oglądałam program o skoczkach, którzy skaczą z jednego wieżowca
(wyższego) na drugi (niższy) ze spadochronem na nartach. Co takiego?! Z wieżowca na wieżowiec?! I to w dodatku na
nartach?! Extra - świat jest pełen wariatów. Nie wiem kiedy i jak zaczęłam szukać w necie informacji dotyczących skoków
spadochronowych. Oglądałam filmiki. Pewnego dnia natknęłam się na film z tandemu(w końcu kiedyś musiało się to stać).
Wszystkie myśli zaczęły skupiać się wokół skoków. Godzinami mogłam oglądać jak inni skaczą. Oglądałam, oglądałam... Aż
dotarło do mnie to uczucie i myśl "chcę skoczyć". Dlaczego?! Nie wiem. Po prostu chcę, czuję, że muszę. Ale do skoku
czekała mnie jeszcze dłuuuuga droga. W czasie tej drogi odbyły się dwa konkursy, w których główną nagrodą był skok w
tandemie. W obu brałam udział - niestety żadnego nie wygrałam. Ale cóż, do trzech razy sztuka. Tym razem biorę sprawę
w swoje ręce. Postanowiłam, że będę zbierać kasę na tandem. Dobrą okazją była moja 18-stka. Heh... Uzbierałam. Teraz
poszło już szybciej niż myślałam. Ale czekałam na wakacje. To dobry termin na skoki. Nie ma zaliczeń, sprawdzianów.
Poza tym nie miałabym kiedy skoczyć w ciągu roku szkolnego bo uczęszczałam na kurs angielskiego no i rozpoczęłam kurs
na prawo jazdy. Ale wracając do tematu. Jakieś trzy tygodnie przed skokiem wysłałam zgłoszenie, wpłaciłam pieniądze.
Następnego dnia zadzwoniła Magda... tzn. Wiksa. Ustaliłyśmy termin. Suuuuper. Tego samego dnia poinformowałam rodziców
o swoich planach. Wróciłam do domu, wchodzę z okrzykiem, że za trzy tygodnie skaczę z samolotu z 4 000 metrów.
Mama aż pobladła. Tata powiedział "a skacz sobie"... no to skoczę.
Skok planowany był na 29 czerwca (niedziela). Przez ostatnie tygodnie pogoda była piękna. Żadnej chmurki na niebie, a teraz? Jak na złość: ciemne chmury i przelotny deszcz. No cóż. Do Atmosfery dojechałam na godzinę 7:00. Dlaczego tak wcześnie? Bo z Piątku do Przasnysza jest prawie 200km a wiadomo jakie są polskie drogi. Mogłam nie zdążyć. O tej porze Atmosfera była jeszcze pusta. Dopiero ok. 8:00 pojawił się jakiś tubylec. W jednej chwili to samo miejsce gdzie przed chwilą pomiędzy przyczepami było tylko powietrze chodzili jacyś ludzie. Gdzieś w pobliżu biegał pies (przypuszczam, że labrador). Tata wyczaił gdzieś przy Paszabarze Iwana. Stwierdziłam, że lepiej żebym do nich dołączyła co by tata nie nagadał mu jakiś głupot. Podchodzę (zasłaniając ręką plamę na bluzie - plama od kawy) i widzę przed sobą bardzo wysokiego mężczyznę, który uśmiecha się do mnie, przedstawia i mówi "słyszałem, że masz szalony pomysł". W tej chwili pomyślałam sobie coś typu "Ja? Mam szalony pomysł? To nie ja skaczę w weekendy 10 razy dziennie." Po przedstawieniu się zasiadłam ze skoczkami, którzy zajadali na śniadanie jajecznice. Wśród nich była Magda - uśmiechnięta od ucha do ucha jakby ktoś przed chwilą opowiedział jej jakiś kawał. Zresztą nie tylko ona się uśmiechała i żartowała. Skoczkowie też. Stwierdzam, że to żartownisie jakich jeszcze nie znałam. 100% poczucia humoru, 100% szczerości.
Kilka podpisów i można już tylko czekać. Bo życie skoczka polega na czekaniu. Czekam, Czekam... i myślę, że zaraz zwariuję. Nie, nie ze strachu po prostu było mi strasznie zimno. Pierwszy wylot planowany był na godzinę 10:00 niestety został przesunięty o 35 minut. Trudno. Czekam dalej, czekam... W pewnym momencie ktoś krzyczy "za 15 minut pierwszy wylot" nareszcie. ale co?? Czekam dalej. Tym razem na Iwana, bo miałam z nim skakać. W ostatniej chwili dowiaduję się, że nie skaczę z nim tylko z Wojtkiem-Dynamitem (dzień pełen wrażeń). Poznaję swojego "Pana Kamerkęę, którym był Jumper. Kiedy ja zakładałam swój kombinezon inni już szli do samolotu i byli po swoim 15-sto minutowym kursie. Ubrałam się, idziemy. Ale zaraz... Wojtek ma jakiś problem, nie może znaleźć swojego spadochronu. W końcu jakiś ma, w tym momencie odwraca się Iwan i krzyczy żeby tego nie brał bo ten jest z kocem gaśniczym z napisem "wybacz mi" (coś przekręciłam bo Iwan powiedział zamiast "Koc" coś innego) Koniec zamieszania (przynajmniej tak myślałam) Idziemy do samolotu - OKRAKIEM, a ja zastanawiałam się dlaczego skoczkowie tak dziwnie chodzą, teraz wiem to przez uprząż. Przy samolocie Wojtek mówi mi jak mam się zachowywać podczas skoku (i niby ja mam to wszystko zapamiętać w ciągu 1 minuty?). Wsiadam... Wszyscy śpiewają (czy ja aby na pewno nie pomyliłam samolotów?) tzn wszyscy oprócz tych, którzy jeszcze wsiadają, tej dziewczyny, która jest cała blada i tej, która krzyczy. Czemu? Nie wiem, przecież jeszcze nie wystartowaliśmy. Siadam. Wojtek zapina mi pasy, bo ja nie wiedziałam jak. Dlaczego? Hehehe... Zaraz się dowiecie. Ruszamy. Z mojej prawej strony siedzi Wojtek, który za wszelką cenę chce mnie nastraszyć (ooo... nie to Ci się nie uda, spokój i opanowanie przede wszystkim). Z lewej Jumper, który majstruje przy swoim sprzęcie co chwila mówiąc mi coś na ucho. Oderwaliśmy się od ziemi... Jumper karze wyjrzeć mi przez okno. Łaaałł... co za widok! Atmosfera w samolocie super. Jak na razie wystarcza mi to, że słucham skoczków. Patrzę po wszystkich... i w tym momencie zauważam, że jedna osoba siedzi na podłodze. Patrzę na Iwana. Siedzi na początku w skupieniu obserwując sytuację w samolocie. Gdy zauważa, że się uśmiecham robi tą swoją minę (czyli jest dobrze). W tej chwili stwierdzam, że nie ma sensu ukrywać pewnego faktu przed Wojtkiem. Informuję go, że pierwszy raz lecę samolotem. W tej chwili wpada w szał krzycząc "ONA PIERWSZY RAZ LECI SAMOLOTEM". Słyszę teksty typu "Pierwszy raz lecisz samolotem i z niego wyskakujesz?!", "zwariowałaś?!", "szacuneczek" - pierwsza 5-tka ze skoczkami. W tej chwili poczułam się jak u siebie. Śmiałam się razem z nimi. Jeden ze skoczków mówi mi, żebym podczas salta miała oczy otwarte bo inaczej pieniądze stracone. 3 500 metrów to już za chwilę. Dziewczyna która była plada zrobiła się jeszcze bladsza, ta druga krzyczy jeszcze głośniej (a ja myślałam, że głośniej się już nie da). (Stwierdzam, że skoczków od nielotów bardzo łatwo poznać. Na 3 000 metrów skoczkowie uśmiechają się coraz bardziej, a nielotom rzedną miny). Dynamit informuje mnie, że skaczemy "od dwunastej do dwunastej". Wstaję i jestem przypinana do Wojtka (a ja myślałam, że ciaśniej się już nie da). Już czas. Wszystko nabiera tempa. To są ułamki sekund. Otwierają się drzwi. Wszyscy wstają. Pierwszy wyskakuje jakiś chłopak. Za nim kolejny. Wychodzi Jumper, za nim my (pierwszy tandem w tym wylocie). Podchodzę do progu. Patrzę na chmurę przede mną. I myślę "Ciekawe jakie to uczucie". Zza samolotu wychyla się Jumper (To jest dopiero widok - widząc uśmiechniętą osobę wiszącą przy samolocie na 4 000 metrów). Ślę buziaka do kamery. I ta myśl "otwarte oczy, otwarte oczy, otwarte oczy..." i ... Wypadamy. Serce podchodzi mi do gardła. Słyszę świst powietrza. salto. "Otwarte oczy" I nagle: "Houston, mamy problem" (nie mogę oddychać) i ta myśl "pierdzielę najwyżej się uduszę". Czuje jak Wojtek puka mnie w bark. Rozkładam ręce, czuję napływ powietrza. I znów myśl. "gdzie jesteś". Jest. Jumper podlatuje do nas uśmiecha się, ja też (szkoda, że nie mogę zobaczyć miny Wojtka). Gdzieś w pobliżu przelatuje Gagatka. Uśmiecham się do Jumpera, robię głupie miny. Chcę się wygłupiać ale nie mogę. Czuje jak z twarzy robi mi się pączek. Uśmiech, radość, relaks, WOLNOŚĆ i ta adrenalina mmmm... Co za uczucie. Pływam w powietrzu(cóż przynajmniej tu skoro w wodzie nie umiem) Jeszcze kilka głupich min. Chcę jak najdłużej czuć te emocje przy spadaniu... Ale nie... Macha Jumper, później Wojtek. To już koniec. Otwiera się spadochron. Nagłe szarpnięcie i cisza. Patrzę w górę. Nie wierzę, że to już koniec. Rozglądam się, dookoła pełno skoczków. Wojtek pyta się czy żyję (pewnie, dlaczego miałabym nie żyć?) Ktoś krzyczy, później Wojtek (jak on to ja też). Krzyczymy razem. Dostaję sterówki i to ja steruję. Sama steruję(kurcze co za uczucie...) Znów pytanie "robimy bączki?". (robimy, jeszcze się pytasz?) zrobiliśmy trzy czy cztery. Więcej nie będzie, przynajmniej nie tym razem - Joannie zrobiło się niedobrze. Informuję o tym Wojtka, który stwierdza, że to normalne, że uchodzą ze mnie emocje. Miękkie lądowanie. Czuję się szczęśliwa. Ale wciąż źle się czuję. Siedzę dwie trzy sekundy i już wszystko dobrze. Jestem w szoku. Pierwsze słowa po skoku "O Matko". Podbiega Jumper. Uśmiecha się. Przybijamy 5-tkę, pomaga mi wstać. Wstaje i Wojtek. Mówię Jumperowi, że na czaszy zrobiło mi się niedobrze (a Iwan mówił "Joasia, zjedz coś przed skokiem" - nie zjadłam) jeszcze parę zdjęć z "Panem kamerką" I zbieramy spadochron z lotniska.
Podobno po skoku byłam blada. Nie ważne. Ważne, że czułam się spełniona. Kiedyś straciłam błysk w oku. Po skoku go odzyskałam. To nie wiarygodne jak bardzo skok działa na ludzką psychikę. Ja miałam podwójne emocje bo PIERWSZY raz leciałam samolotem i PIERWSZY raz z niego wypadałam. Najdziwniejsze jest to, że w tak krótkim czasie tak bardzo przywiązałam się do ludzi, których widziałam pierwszy raz w życiu. A najgorszy był powrót do domu. Zbyt szybko opuściłam Atmosferę. A teraz zarabiam na AFF-a - Chcę nauczyć się oddychać i poczuć te emocje, a co najważniejsze poczuć tą atmosferę w Atmosferze. I jeszcze jedno baaardzo Wam wszystkim dziękuję. Tym co mówili, że baliby się sami ze sobą skakać, Wiksie, Jumperowi i Iwanowi. A przede wszystkim i w szczególności WOJTKOWI. Wojtek wielkie dzięki.
Też chcesz to przeżyć? Zapisz się na skok w tandemie