Uwaga! Rozpiszę się.. ;) To zabawne...kiedy czytałam wypowiedzi innych osób okazało się, że bardzo często pierwszy skok jest rozpoczęciem, bądź zakończeniem jakiegoś etapu życia. Okazało się również, że nie jestem oryginalna, bo zrobiłam to samo ;)
Ostatni rok mojego życia to ciągłe zmiany, rozpoczynanie i często nie kończenie jakiś spraw. Zakończyłam siedmioletni związek, spakowałam walizeczki i długo szukałam swojego miejsca, postanowiłam robić coś wyjątkowego... rozwinęłam skrzydła w firmie w której pracuje od trzech lat, otworzyłam również własną - i tak wpadłam w pracoholizm (he he he).
Był 18 kwietnia - urodziny, mieszkanie zapełniło się gośćmi, kochanymi uśmiechniętymi buziami. Cały tydzień szeptali sobie coś w ukryciu - a mi udało się tylko podsłuchać "przecież ona oszaleje z radości" - i uwierzcie mi, że tak było. Wręczyli mi małe płaskie pudełeczko, otworzyłam książeczkę, w której zaznaczona była strona z opisem skoków spadochronowych i krzyknęli LECISZ !!! Zaczęłam piszczeć ze szczęścia jak dziecko, rzucać się im na szyję, płacząc prawie z radości.
Wyczekiwałam najlepszego momentu na skok, postanowiłam pozałatwiać wszystko, co mnie martwi i skoczyć. Szybko nadszedł koniec czerwca...to ten czas...Jadę!! Niebo pochmurne jak cholera, w Warszawie pada, ale Magda poinformowała mnie, że skaczą ;) Jadąc miałam jeszcze pewne obawy.. pewnie się nie uda, pewnie nie będzie warunków, a ja tak bardzo nie mogę się doczekać, żeby to zrobić.
Przyjechałam na miejsce, a tam same uśmiechnięte twarze, kręcą się ludzie w pomarańczowych strojach, w Manifeście uśmiechnięte dziewczyny pomogły mi w rejestracji. Ok... jestem gotowa... widzę jak skaczą już inni i nie mogę się doczekać. Po jakimś czasie, podchodzi do mnie: sympatyczny, uroczy, uśmiechnięty człowiek - Dominik i informuje mnie, że to z nim będę skakać ;) Kiedy już upodobniłam się do reszty skoczków, odziewając się w pomarańczowe ubranko, pojawił się człowiek energia zwany Burzą - kamerzysta mojego skoku
Przygotowania i szkolenie minęły nam w atmosferze śmiechu i dowcipów o nietoperzach ;) , Dominik z cierpliwością przedszkolanki tłumaczył mi kolejne etapy skoku, ale ciężko mi się było skoncetrować co mówi bo oczami wyobraźni już byłam wysoko ;)
Samolot wystartował przelecieliśmy przez warstwę chmur (nawet mogłam zwiedzić kabinę pilotów) i pojawiło się to piękne niebieskie niebo i biała pierzynka, od której odbijało się słońce. Coś ślicznego, taki widok z okna samolotu podobał mi się zawsze najbardziej.
Otworzyły się drzwi samolotu do środka wleciało zimne powietrze. Skaczą.... Jeden, drugi, trzeci skoczek, tandem przede mną....giną mi z pola widzenia, moja kolej. Znowu piszczę z radości jak dzieciak, nie jestem w stanie wydusić słowa. Staję na krawędzi... Słyszę jakby zza ściany...READY....SET....GO!!. Wypadamy z samolotu...lecimy 200 km na godzinę przez jakieś 60 sekund, w moim organizmie szalała tylko serotonina z adrenaliną. Pouśmiechałam się jeszcze do Burzy i nagle zamiast spadać mam wrażenie, ze lecę do góry ;) Otwiera się spadochron, kawałek pomarańczowego materiału z linkami, które ma nam pomóc spokojnie dolecieć. I faktycznie robi się spokojnie.... mogę jeszcze przez chwilę podziwiać tą pierzynkę pode mną i tak niebieskie niebo którego z ziemi tego dnia nie można było zobaczyć. Jedyne co powtarzałam w kółko to tylko: Jak tu Pięknie! Przelecieliśmy przez mleczne chmury, zobaczyłam mapkę okolic Przasnysza i za chwilę mięciutko lądowaliśmy.
Spadochron łagodnie opadł na ziemię, ja z radości obściskałam Dominika , powydurniałam się jeszcze do kamery, po czym dumnie, na zupełnie miękkich nogach niosłam do namiotu kawałeczek spadochronu.
Banan z twarzy nie schodził mi co najmniej przez kilka godzin, do samego wieczora po powrocie, opowiadałam i pokazywałam na filmie wszystkim jak było, zamykałam oczy i widziałam wszystko jeszcze raz. Mój stan określano jako (cytat) "powtarzający się orgazm" ; zakochanie i głupawka
Zaczął się zwyczajny tydzień, poniedziałek, jak poniedziałek... siedziałam długo na balkonie i gapiłam się w niebo szczerząc zęby jak idiota. Mój telefon się rozdzwonił i co ciekawe z samymi dobrymi wiadomościami. Po rozmowach okazało się, że rzeczy które nie miały szans wypalić jednak się udają. Ludzie, na widok których zawsze dostawałam niestrawności są mili, uśmiechnięci i da się z nimi coś załatwić.
W pracy od razu zauważyli że coś jest we mnie innego....
Koło środy zaczęłam tęsknić, płyta z filmem była już odtworzona z 1000 razy. Postanowiłam zrobić to jeszcze raz
Szybko zadzwoniłam, żeby się umówić.
Już bez tak długich opisów
Tym razem skakałam ze Zwierzem, wyskakiwaliśmy tyłem z samolotu, zrobiliśmy dwa salta do tyłu, karuzelę, i bujaliśmy się w śmieszny sposób przed lądowaniem - to było wariactwo ;) oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Ekstra!!! to były dwa różne skoki, ale obydwa świetne.
Teraz jestem już zdecydowana że robię kurs - to jest ten sposób na oderwanie się od rzeczywistości którego szukałam, to jest sposób żeby nabrać dystansu do rzeczy które się robi na co dzień, to jest sposób żeby nawet w najtrudniejszych momentach, najbardziej stresowych uśmiechać się i iść na przód - bo kiedy zamykasz oczy i widzisz to co ja teraz wiesz że możesz wszystko...
Pierwszy skok zostanie mi w pamięci na zawsze i z tego miejsca chcę podziękować moim przyjaciołom, którzy dali mi ten prezent, Dominisiowi - który otrzymuje ode mnie miano najsympatyczniejszego gościa, który jako pierwszy sprowadził mnie na ziemię, Burzy za jego fantastyczny uśmiech, Zwierzowi za szalony wyskok i wszystkim z ekipy klubu Atmosfera za tak fajnie spędzony czas ;)
Atmosfero niebawem przybywam na kurs
Też chcesz to przeżyć? Zapisz się na skok w tandemie